Drukuj

W końcowych dniach stycznia 2020 roku pragnę przypomnieć zdarzenia, o których każdy, kto mieszka w naszym mieście, powinien chociażby raz w życiu usłyszeć. Historia ta związana jest z końcem II wojny światowej, a dokładniej dotyczy wyzwolenia, które nastąpiło 25 stycznia 1945 roku. Wyzwolenia po 5 latach, 4 miesiącach i 19 dniach trwania wojny - jak odnotował pan Ryszard Judasz. Mija już 75 lat od tamtych dni...

Historie, jakie usłyszałem od swoich dziadków i starszych mieszkańców miasta oraz materiały, które mogłem przeczytać dzięki pracy w Izbie Tradycji działającej przy Gminnej Bibliotece Publicznej im. ks. J. Sadzika w Sułkowicach pokazały mi, że końcówka 1944 roku i początek następnego był to bardzo ciężki czas dla mieszkańców. Borykali się oni z wszechobecnym głodem, biedą, brakiem opału i wielkimi mrozami. Dzisiaj przy obecnej pogodzie ciężko sobie wyobrazić trzaskający mróz, który wchodzi przez ściany domów do środka i który łamie drzewa jak zapałki. Trudno wyobrazić sobie spanie przy piecu, w którym tli się ostatni kawałek drewna, a na stole jest tylko suchy chleb. Ludzie podczas okupacji byli karani za posiadanie młynka do mielenia zboża, mąki, a nawet ziarna na nią. Z powodu aresztowań, wywózki na roboty lub zaciągnięcia się do polskiego wojska, w co drugim domu nie było żadnego mężczyzny. Do tych ciężkich warunków bytowych trzeba dołożyć jeszcze wszechogarniający strach, sprawiający, że mieszkańcy z drżeniem serca nasłuchiwali, czy nadjeżdżające pojazdy nie zwiastują czasem niemieckich oddziałów i czy znowu ten warkot nie sprowadzi nieszczęścia. Wciąż bardzo żywe były jeszcze wspomnienia pacyfikacji, a temat śmierci „na rynku” poruszany był w niemal każdej rozmowie. U niejednego sama myśl o tych wydarzeniach sprawiała, że łzy napływały do oczu, a z ust wyrwało się tylko smutne westchnienie: „Boże, niech u Ciebie im będzie lepiej…”

Z początkiem stycznia jeszcze nikt nie był świadom tego, co miało się wydarzyć. Widać było jednak, że z dnia na dzień rzeczywistość się zmienia. Chłopcy z lasu, partyzanci potocznie zwani „Jędrusiami”, coraz częściej pojawiali się w biały dzień, żeby coś zjeść, ogrzać się i umyć. Czuli się coraz bardziej pewni siebie. Z początkiem stycznia gruchnęła w miasteczku wieść, że zbliża się front, i że zbliża się szybko. Krótko po tych wiadomościach pewnego dnia usłyszano coraz głośniejsze dźwięki pocisków artyleryjskich i wystrzały z karabinów. Nad Sułkowicami pojawiły się samoloty, jednak te były inne niż do tej pory – to nie były niemieckie maszyny. Na drogach wzmógł się ruch. Widać było żołnierzy uciekających na zachód. W pobliżu Sułkowic zatrzymała się grupa takich uciekających Niemców, jednak została szybko dostrzeżona przez wojsko radzieckie. Niebawem nadleciała eskadra bombowców i zrzuciła kilkanaście bomb, zabijając niemal wszystkich. Wybuchy w pobliżu miasteczka przeraziły ludzi, którzy uciekając w popłochu szukali schronienia. Niektóre zabudowania zostały kompletnie zniszczone, inne straciły dachy, ściany, okna. Na ulicach widać było leje po bombach, ale mimo iż było wielu rannych, nie zginął żaden z mieszkańców Sułkowic. Front był już bardzo blisko...

W poniedziałkowy ranek przed 24 stycznia 1945 roku po szosie snuły się już tylko nieliczne pojazdy z Niemcami. Sułkowiczanie, wyraźnie zniecierpliwieni, z rozpaloną wiarą, że nadchodzi wolność, wypatrywali armii wyzwoleńczej. Niestety, zamiast wyzwolicieli, po kilkugodzinnej ciszy do Sułkowic wjechały nowe oddziały niemieckie, bataliony SS wyznaczone do powstrzymania nacierających oddziałów. Widać było, że wojenny los znów nie oszczędzi sułkowickiej ziemi. Strach sprowadził do piwnic większość ludzi, którzy ukradkiem kierowali do Boga westchnienia o opiekę.

Flanka oporu wojska niemieckiego ufortyfikowała się wzdłuż głównej drogi. Około południa bocznymi, polnymi drogami od strony Jasienicy i lasu Dalinu nadciągnęły oddziały radzieckie i polscy partyzanci. Doszło do strzelaniny, która przerodziła się w regularną bitwę. Pociski artyleryjskie wybuchały z każdej strony. Doszło do kilku spektakularnych akcji, takich jak ta, w której to „gniazdo” niemieckie z karabinem maszynowym zlokalizowane na poddaszu w pobliżu mostu jasieńskiego odbili partyzanci, dając możliwość swobodnego wejścia od tej strony swoim kompanom. Odbijany był niemal każdy dom. Podczas walki kule świstały nad głowami żołnierzy rozbijając się to o drzewa, to o domy, tnąc wszystko na swojej drodze, jak brzytwa. Zdarzało się, że taki świszczący pocisk dosięgał człowieka, raniąc bądź pozbawiając go życia.

Walki podczas oswobadzania Sułkowic rozgrywały się przede wszystkim od okolic rynku, aż do obecnego osiedla Zielona i dalej w kierunku Biertowic, chociaż właściwie w mniejszym stopniu obejmowały one całe miasto. Działania wojenne, które przetoczyły się przez Sułkowice, zostawiły miasto zniszczone i okaleczone, ale równocześnie po ponad pięciu latach uwolnione wreszcie spod niemieckiej okupacji.

W czasie ofensywy wyzwoleńczej zginęło 9 mieszkańców Sułkowic. Życie straciło również 21 żołnierzy radzieckich i kilkunastu Niemców. Bilans okupacji to spalonych lub całkowicie zniszczonych 26 gospodarstw i uszkodzonych kilkanaście. Ludność Sułkowic podczas całej wojny  zmniejszyła się o 340 mieszkańców.

Warto  również wspomnieć o tym, że 29 stycznia 1945 roku, czyli cztery dni po wyzwoleniu, odbyło się pierwsze posiedzenie Gminnej Rady Narodowej. Rada dokonała wyboru wójta, którym został Jan Stokłosa, powołała również milicję obywatelską, a pierwszym jej komendantem został Roman Stokłosa.
Życie zaczęło toczyć się dalej…

Maciej Ziembla